sobota, 15 sierpnia 2015

Pokrowiec na telefon vel męska saszetka

Stanęłam przed zadaniem uszycia męskiego pokrowca na telefon, który miałby być jednocześnie taką saszetką.

Wytyczne co do wyglądu samego pokrowca otrzymałam bardzo precyzyjne:

- Materiał - bardzo wytrzymały, najlepiej nieprzemakalny.
- Rozmiar - podany szczegółowo - 85/150/20 mm.
- Kieszonka - dobrze jakby była (ale niekoniecznie), ew. wygląd pozostawał do mojej inwencji twórczej, z przeznaczeniem na słuchawki, ew. jakieś karty, czy banknoty. Dodatkowo od siebie wszyłam okrągłe, czarne gumki, gdyby zaszła potrzeba przełożenia słuchawek (w sensie samych muszelek z oliwkami, bez wciskania ich do kieszonki, rozumiecie...?), dodatkowo są pewnego rodzaju ozdobą.
- Kolor - czarny, wewnątrz czerwony.
- Klapka - z wyszytym pradawnym symbolem. Wyszywałam z wolnej ręki, hafciarki wciąż brak.
- Zapięcie - rzep, ale nie malutki kwadracik, jaki naszywają zazwyczaj, tylko przez całą szerokość etui.
- Mocowanie - karabińczyk do szlufki oraz smyczka na nadgarstek. Od siebie dodałam wsuwkę na pasek. Stwierdziłam, że w niczym nie przeszkadza, a może się nieraz przydać. W ten sposób etui można nosić na trzy sposoby, wedle potrzeb i upodobania.

Oczekiwania, wg nowego właściciela, spełniłam w 100%.


Co o niej sądzicie? Wystarczająco męska? :)

piątek, 10 lipca 2015

Recyklingowa torba dla Heleny Łucznik

Nogawki.
Najbardziej materiałodajna część spodni do przetworzenia.
Tak jak wspomniałam w poprzednim poście, otrzymałam paczkę od Cross Jeans z materiałami na swoje prace. Ooo... teraz to ja się mogę nareszcie wyżyć do woli! :D
Tym razem poszły na przeróbkę nogawki dziurawe.
Po obcięciu nogawek od spodni (aby mieć modne szorty) można ten odpad wyrzucić. Ja zawsze widzę w nich potencjał. To jest ta strona szycia, która daje często najwięcej satysfakcji, bo można stworzyć coś z niczego - dosłownie.
U mnie powstała z takich dziur, dziurawa torba na maszynę dla starszej córki. Tak się złożyło, że starsza córka również stała się posiadaczką własnej Helenki Łucznik.
Obydwie z młodszą mają więc bliźniacze maszyny i każda pilnuje swoich gadżetów, żeby czasami druga jej nie smyrnęła ;)

Młodszej uszyłam już torbę, natomiast starsza trzymała pod biurkiem, ale patrzeć na to nie mogłam...

W ostatnim tygodniu, w te największe upały, miałam chwilę słabości. Rozłożyła mnie grypa (pierwszy raz w życiu w taki skwar i duchotę) nie polecam, można się wykończyć!
Kiedy jednak lekarstwo działało, nie mogłam wyleżeć i leciałam na chwilę do maszyn.Właśnie w tych chwilach kiedy tabletka działała, działałam i ja.

Torba maksymalnie prosta i bez fajerwerków - fajerwerki tym razem fundowała mi grypa.
Wykorzystałam poszarpane przody nogawek na przód torby, a gładkie tyły na jej tył.
Starałam się łączyć tak, aby łączenia nie rzucały się bardzo w oczy, tylko tworzyły w miarę jednolity kawałek.
Kawałki przepikowałam z wyprasowaną ociepliną i od razu z podszewką. Ocieplinę wyprasowałam, aby była cieńsza i bardziej zbita w swej strukturze, jednak użyłam jej, aby nadawała torbie odpowiedni fason.

Przez to, że podszewka od razu była połączona z resztą i nie mogłam już przy jej pomocy zasłonić w środku szwów, to zszywałam torbę po prawej, a następnie ukryłam wszystko pod taśmą. Sposób ten pokazywałam przy okazji jeansowej siaty... również z nogawek.
Wewnątrz jakoś marynistycznie wyszło, ale starsza uwielbia takie pasiaste klimaty.

W środku szpilnik z denimu, który sobie sama uszyła, a w nim szpilki kupiła (w tajemnicy przede mną) specjalnie w takim kształcie, aby nie pomyliły się z moimi! To się nazywa przezorność, bo a nuż bym jej podkradała... :P
Wewnątrz spora kieszeń z tylnej części nogawki na duże, płaskie akcesoria typu stolik powiększający i instrukcja użytkowania.
Po drugiej stronie mała kieszonka na odpinaną tabliczkę z kodami wzorów.
Kosmetyczkę na inne drobne akcesoria uszyje sobie sama, bo doszła już do takiej wprawy, że suwak i podszewka nie są dla niej żadnym wyzwaniem :P
Wystarczyło, że pokazałam jej raz (jedynie machając rękami, dotknąć nie pozwoliła, bo "ona SAMA", ale ci co czytali poprzednie posty wiedzą, że jej wiele nie potrzeba), a już kolejne powstawały bez mojego udziału. Tutaj możecie zerknąć na pracę jej rąk.

niedziela, 5 lipca 2015

Piramidy w kolorze BLUE, czyli narzuta z denimu.

Tę narzutę zaczęłam zaraz po tym, jak Karolina pokazała u siebie swoją. Przepadłam całkowicie. Uwielbiam geometryczne wzory, więc z miejsca zaczęłam wycinać z każdego nadającego się dżinsowego kawałka... trójkąt.
Nie jestem w stanie powiedzieć ile spodni, spódnic, czy czegokolwiek innego na to przeznaczyłam.
Tu leżała jedna nogawka (bo z drugiej powstał piórnik), tu dziurawe spodnie, a za chwilę dół od spódnicy, czy rękawy od kurtki, bo się kamizelki zachciało.
Fakt jest jeden... takich odpadów nie wyrzucam, bo jeans, to jeans. Nie wiem skąd ta miłość, ale serce nie sługa ;)
Zresztą, ja i tak wiedziałam, że kiedyś coś z tego powstanie, bo przecież bez sensu nie odkładam, nie? :P

W międzyczasie uszyłam różne rzeczy zużywając w jakiejś części te zapasy, więc kolekcja lekko się uszczupliła. Niektóre rzeczy można podejrzeć, klikając etykietę jeans.
Początek szycia wiadomo... zryw, później przyszła rutyna. Podczas oglądania wiadomości, czy filmów, odrysowywałam, wycinałam, odrysowywałam, wycinałam... ręcznie, nożyczkami... bo nie miałam jeszcze tej super linijki, która tak później ułatwiła mi życie!

Od pewnego momentu tempo się zwolniło, bo trzeba było z czegoś wycinać, a tu pojawił się problem... zima. Nogawki od spodni nie odpadały wcale, dziury modne, więc dziewczyny jeszcze targały bardziej, mąż na budowie załatwi każde tak, że do niczego się nie nadają i ostatecznie nic sensownego w pudle "denim" nie lądowało, co by mogło narzucie pomóc... do czasu :)

Pewnego dnia otrzymałam paczkę od Cross Jeans (dziękuję!) z materiałami do swoich prac i to był przełomowy moment. Narzutę skończyłam w mgnieniu oka, kolejną rzecz uszyłam, a i następny projekt powstaje!

Rok temu (kiedy ją zaczynałam), niewielkie budziła zainteresowanie wśród domowników. Kiedy przyszywałam lamówkę (ręcznie - jakieś dwa filmy), nagle dziewczyny się ożywiły i zaczęły licytować, której to będzie. Stanęło na tym, że denim idzie dla starszej, ale... to co jest pozaczynane np. sześciokąty i monochromatyczna, a nawet to co jeszcze nie jest pozaczynane... już ma swoje właścicielki. Teraz mam tylko je kończyć, a kolejne wg wytycznych zaczynać :P
Lamówka i metryczka.
Lamówka przyszyta do prawej strony maszynowo, natomiast od strony podszewki ręcznie. Zabieg celowy, aby po żadnej stronie nie było stebnówki na wierzchu. Od tego momentu zaczęłam używać naparstka.
Metryczka jest robocza. Na kawałku bawełnianego płócienka przyłożyłam pieczątkę z Lidla. Docelowa metryczka powinna być wg mnie wyhaftowana, a na to potrzeba weny i pomysłu, więc z czasem podmienię, dodając przy okazji wymiary narzuty, bo o tym nie pomyślałam dłubiąc literki oraz dla kogo powstała.
Tytuł powstał po sugestii Karoliny z B-Craft.
Pikowanie.
Było prawdziwą zmorą. Pomijając fakt, że narzuta jest jednak spora, to wymyśliłam sobie przeszycia z biegiem trójkątów, a więc po skosie... niefajnie się podkłada pod główkę maszyny, właśnie po skosie, gdzie co kilkanaście centymetrów następuje kumulacja szwów podbitych ociepliną i podszewką na dokładkę, której trzeba pilnować od spodu.
Jakby ktoś zlekceważył fakt kumulacji szwów, to powiem jeszcze, że to kumulacja dżinsowych szwów. To bolało... szczególnie igły! W życiu całym swoim chyba nie połamałam tylu igieł, co na tej narzucie :D
Przybory.
Na początku każdy trójkąt rysowałam długopisem od szablonu stworzonego z tektury. Po pewnym czasie rogi mi się zaokrągliły w szablonie i musiałam bardziej uważnie rysować, co wydłużało czas.
Wybawieniem okazała się linijka, przy pomocy której cięłam jeans bezpośrednio nożem krążkowym, bez wcześniejszego rysowania. Dwie warstwy... też niewielki problem, więc wycinanie nabrało tempa i przestało być monotonną pracą.
Zaczynając szycie narzuty, nie byłam w 100% przekonana co do jej praktyczności. Obawiałam się też komfortu użytkowania, bo jednak jeans jest mało "milusim" materiałem. Niepotrzebnie.
Jest mega ciepła, ogólnie raczej mało czepliwa (czyt. kot) i chwilowo używana jest przez wszystkich domowników do siedzenia wieczorem przed TV. (To nic, że na dworze upały, ja nadal mam w domu temperaturę max 19 stopni)




środa, 3 czerwca 2015

Spodnie dresowe okołodomowe

Historia spodni nie jest długa.
Szyłam próbny wykrój na siebie z odrysowanych gotowych spodni (dzięki Madzia) z dzianiny za 5zł/mb.
Nie miałam w nich zamiaru chodzić… może po domu, jeśli wyjdą ok.
Zauważyłam jednak po fakcie, że z przodu na centralnym szwie jest skaza w poprzek, więc dałam sobie spokój nawet z wykończeniami zapasów i takich tam. 5zł nie majątek, doświadczenie ciężko wycenić.

Podczas przymiarki, starsza już dostała tzw lisich oczu…
"czy to dla mnie ^.^?",
"że co?? że ty (w sensie ja) w takich spodniach po domu O.O??",
"TAKIE spodnie, to nie po domu, mamo! przejdź się po sklepach…"
"aaa… nie chcesz ich? to będą moje, dokończ mi :D"
"skaza?? suwak naszyj!"
"tutaj jeszcze zrób tak, tak i tak i już"

No i już.

Suwak, to atrapa, jedynie maskuje skazę.
Dziewczyny mają z niego ubaw, bo nazwały go "suwakiem pilnującym cnoty" o.O

Zdjęcia dziewczyny robiły wedle umowy.
Plener - nasza podwórkowa dzicz.
Detale kazałam też uwieczniać ;)